gotowanie, czysta micha

©2019 by Pyszne poranki. Proudly created with Wix.com

  • Natalia Wawrzyniak

Skąd te kilogramy?!

Od dziecka byłam pulchna. Lubiłam jeść, jedzenie od zawsze sprawiało mi wielką przyjemność. Moje dzieciństwo przypadło na okres lat dziewięćdziesiątych. Mama próbowała mnie odchudzić. Kto wtedy mógł pozwolić sobie na dietetyka dziecięcego? Do dzisiaj pamiętam jeden wyjątkowy wieczór, jakby to było wczoraj. Pierwszy dzień mojego "odchudzania": piątek wieczór, wieczorynka - "Smerfy", na kolację gzik i kanapki. Jak ja to uwielbiałam. A mama mówi: dość, zjadłaś wystarczająco dużo, odejdź od stołu. Siłą mnie od niego zabrała. Ja wpadłam w płacz. Krzyczałam, że mama zabrania mi jeść... A tak bardzo chciałam jeszcze gziku. Dzisiaj śmieję się z tego wspomnienia, zachowywałam się tak, jakbym nigdy w życiu już nie miałabym zjeść takiej pysznej kolacji. Ale dla mnie, dla nastoletniej prawie dziewczynki, to była tragedia. Mama mi tłumaczyła, że nie mogę tyle jeść, że i tak już mam rozciągnięty żołądek i tylko wydaje mi się, że jestem głodna; że jak tak będę jadła to będę coraz większa i potem trudno mi będzie wyjść z nadwagi. Ale oczywiście dla mnie to była abstrakcja. Ile ja mogłam mieć lat, dziesięć Jedenaście? Nie wracałyśmy więcej do tematu, aczkolwiek przy każdej okazji, w której na stole pojawiały się słodycze i ciasta, mama bacznie mnie obserwowała, ewentualnie zabierała talerzyk. Nie dziwię jej się. Ja naprawdę lubiłam jeść. Dorastałam w przekonaniu, że normalna sylwetka to szczupła sylwetka. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności zapisałam się do gimnazjum we wsi, niedaleko mojego miasta. Na przystanek autobusowy musiałam iść trzy i pół kilometra! W jedną stronę. Miałam trzynaście lat, rosłam, zaczęłam nieświadomie bardzo dużo się ruszać, codzienne spacery siedmiokilometrowe wysmukliły mi nogi, zgubiłam brzuszek, byłam bardzo szczupła. I dalej lubiłam jeść!

W liceum nadal z dumą utrzymywałam wagę. Przy wzroście metr osiemdziesiąt ważyłam sześćdziesiąt pięć kilogramów. To takie minimum dla tego wzrostu. Dla eksperymentu próbowałam zejść poniżej tej wagi. Zaczęły robić mi się rany na biodrach od paska spodni, tak musiałam go zaciskać, żeby nie spadły. Zjadałam rano na śniadanie pół - PÓŁ suchej bułki i twierdziłam, że jestem najedzona. Bo właściwie byłam, tak sobie zmniejszyłam żołądek. W liceum już trochę mniej miałam ruchu, już tak wiele nie chodziłam, ale za to żyłam i jadłam świadomiej. Uczyłam się w klasie biologiczno-chemicznej, a to zobowiązuje przecież.

Poszłam na studia, miałam dwadzieścia jeden lat (rok między maturą a studiami przepracowałam). Poznałam swojego obecnego męża. On mieszkał w Poznaniu, ja w Poznaniu uczyłam się, więc często wpadałam do niego na obiad. A jego mama, choć dobra kobieta, to kuchni lekkiej nie prowadzi. Po kilku latach wspólnego jedzenia, innego niż byłam nauczona, rozwalił mi się metabolizm, zaczęłam tyć. Przed ślubem próbowałam trochę schudnąć, ale się nie udało. I mam do siebie żal o to do dzisiaj. Może tragedii w sukni ślubnej nie było, ale wiem, że potrafię wyglądać lepiej i bardzo żałowałam, że nie udało mi się do ślubu wrócić do mojej najlepszej wagi.

Dwa lata po ślubie podjęliśmy starania o pierwsze dziecko. Kilogramy oczywiście rosły. Nie mogłam przestać jeść, bo tak to lubię! Niby miałam zbilansowaną dietę, niby zdrową - jogurty naturalne, owsianki, owoce.. no samo zdrowie!

Zaszłam w ciążę. Okazało się, ze mam niedoczynność tarczycy. Zaczęłam przyjmować leki. W trakcie pierwszej ciąży nic nie przytyłam. Po niej ważyłam nawet mniej niż przed. Niestety doszła mi kamica żółciowa, wymagająca specjalnej diety. Diety niezbyt "zdrowej" w potocznym rozumieniu tego słowa. Każdy, kto miał kiedyś kamicę żółciową wie, że ataki bólu u każdego mogą wywoływać inne produkty, także nie będę wchodziła w szczegóły. W czasie trwania choroby - druga ciąża. Miesiąc po porodzie gastroskopia i operacja, ponieważ wdało się ostre zapalenie. Tarczyca szalała. Od tego momentu już tylko tyłam. Kiedy miałam jakieś 83kg poszłam do dietetyczki, mojej koleżanki z liceum. Wspaniały fachowiec. Nie bardzo rozumiała, co u niej robię, skoro tyle już wiem o zdrowym żywieniu i komponowaniu posiłków. Pomyślałam sobie, że koleżanka bardziej mnie zmotywuje, gdy będzie mnie ważyć i mierzyć. Niestety, jedzenie z kartką w ręku nie sprawdziło się, choć ona włożyła całe serce w moją dietę. Później, kiedy miałam jakieś 90kg postawiłam na wysiłek. Poszłam do Studia Figura. Wydałam mnóstwo kasy, bez sensu, bo waga rosła. Byłam pod ścianą. Kiedy waga dochodziła do 100kg wreszcie powiedziałam sobie: DOŚĆ. Czas zapisać się do endokrynologa. Tylko u nas czas oczekiwania jest mega długi, powoduje to problem z organizacją opieki do dzieci a ponadto przez 3 miesiące okoliczności mogą się zmienić i mogę nie dotrzeć do lekarza. Ja potrzebuję go już, teraz. Przyjaciółka poleciła mi świetnego lekarza ginekologa-endokrynologa. Czas oczekiwania - dużo krótszy od standardowego czasu u endokrynologów. Cudownie. Okazało się, że wyniki hormonów są słabe, dodatkowo weszło Hashimoto. I torbiel na jajniku. Cóż. To była moja pierwsza wizyta od czasu drugiego porodu.

C.D.N.

23 wyświetlenia