gotowanie, czysta micha

©2019 by Pyszne poranki. Proudly created with Wix.com

  • Natalia Wawrzyniak

Ortoreksja - czy mnie dotyczy?

W Internecie prężnie działa wielu dietetyków. Jakiś czas temu dołączyłam do grupy jednego z nich, aby dzielić się doświadczeniem i przepisami z innymi członkami grupy oraz aby nauczyć się czegoś nowego, ciekawego.

Po opublikowaniu dwóch postów wspomniany dietetyk zwrócił mi uwagę, że w tak skomponowanych posiłkach jest za dużo tego, za mało tamtego.. Takich tłuszczów, innych tłuszczów...


Troszkę się zirytowałam, ponieważ zarówno ja jak i ten dietetyk wychodzimy z założenia, że skuteczna dieta to prosta dieta oraz taka, którą jesteśmy w stanie utrzymać, żyjąc w naszych rodzinach, z naszym stanem portfela. Trzeba umieć znaleźć złoty kompromis. Odpisałam, że mimo, iż doceniam i szanuję wiedzę dietetyka, najwidoczniej nie jest nam po drodze, ponieważ nie zamierzam przyglądać się szczegółowo każdemu produktowi na moim talerzu, bilansować pod względem mikroskładników i innych rzeczy. Owszem, nie twierdzę, że jedzenie kiełbasy smażonej na smalcu codziennie jest zdrowe, choćby nawet mieściło się bilansie. Każdy ma świadomość, że są produkty mniej lub bardziej zdrowe, że istnieje coś takiego jak cholesterol, że miażdżyca nie śpi, że tłuszcze utwardzone w margarynie i tak dalej. Ale nawet jeśli zjemy na śniadanie jajko z majonezem a na obiad smażoną kiełbaskę - nie umrzemy od razu, ponieważ nie jemy tak codziennie!

Moja intuicja kazała mi wypisać się z tej grupy bo wiedziałam, ze do niczego dobrego mnie to nie doprowadzi. A dietetykowi w duchu życzyłam, aby nie trafiła mu się w grupie osoba przewrażliwiona na punkcie diety...


Zobaczcie, jaką presję nakłada na nas świat, dieta, my sami. Trzeba jeść zdrowo, najlepiej nie korzystać z gotowców, bo to zło; najlepiej aby nasze produkty pochodziły ze zrównoważonych upraw i hodowli a najlepiej zrezygnować z jakichkolwiek hodowli - bo mięso jest szkodliwe i złe, ryby w sumie też zatrute.


Tylko pomyślcie, do czego doprowadzi taki nacisk? Do czego doprowadzi sytuacja, w której linczujemy siebie i innych z awokado na talerzu, łososia hodowlanego czy kurczaka "z antybiotykami"? Nie myślcie sobie, nie jestem ignorantką. Wiem, że nasz ekosystem upada na zdrowiu. Sam potrzebuje lekarza, a my dużych zmian. Ale, na Boga, zachowajmy w tym wszystkim zdrowy rozsądek, to są zmiany, które będą zachodziły przez pokolenia, nie bawmy się w zbawicieli całego świata.


Mam dobrą znajomą, nazwijmy ją.. Agnieszka (nie chcę zdradzać prawdziwego imienia). Agnieszka tak bardzo wkręciła się w "zdrowe odżywianie", że: nie pije mleka, bo laktoza. Nie je pieczywa i makaronów, bo gluten taki zły. Jest wegetarianką. Kawa jest zła, herbata jest zła. Awokado jest złe. Olej, smalec - wymyślił sam diabeł. Żyje na samych warzywach, owocach, rybach i wodzie. Chodzi na siłownię, ponieważ trzeba dbać o kondycję. Jest skrajnie chuda, aczkolwiek nadal niezadowolona z siebie. Nie, już się nie odchudza, ale twierdzi, że "je zdrowo". Dziewczyna niknie w oczach. Nie potrafi mówić o niczym innym ani myśleć o niczym innym, jak tylko o jedzeniu, o tym co jest dobre a co jest złe. Każdy element zawartości jej talerza jest dokładnie przemyślany kilka razy, na wszystkie strony. Co do minuty ma dopasowane stałe pory posiłków i nie znosi, gdy coś ją wybije z jej rytmu. Jeśli uzna, że coś jej nie wyszło, że zjadła nie daj Boże, za dużo, albo nie smakowało jak myślała - karze się, choć ona tak tego nie nazywa. Mówi, że jest tak rozczarowana, zawiedziona sobą i zła, ze musi iść pobiegać, żeby wyrzucić emocje. To chyba dobrze, nie? Mnóstwo ludzi szuka ujścia dla złości - w sporcie. Ale w moim odczuciu dla niej to jest kara, samobiczowanie się za coś, co jej nie wyszło, być może, przypadkiem.


Wiecie, jak to się nazywa? To jest, moi drodzy, ORTOREKSJA. Zaburzenie odżywiania, które jest stosunkowo nowo odkryte, nazwane. Jest znakiem naszych czasów, niestety. Z czego wynika? Moim zdaniem - z dobrobytu, z tym, że nie radzimy sobie ze świadomością ekologiczną, która nas przytłacza; z brakiem dystansu do siebie i perfekcjonizmem - musimy być przecież najlepsi, najbardziej fit, eko i wege. Sama nawet niedawno się na tym złapałam, ponieważ zrobiłam całkiem fajne zdjęcie swoich zakupów w koszyku, ale niestety, na wierzchu akurat leżało kilka foliowych woreczków. I kiedy miałam już zdjęcie wrzucić na bloga, zatrzymałam się. Bo przecież posypią się komentarze, ze jak tak można. Że ktoś tu szyje woreczki z firanki bo środowisko, bo zero waste, a ja tu wyjeżdżam z torebkami foliowymi.


W ortoreksję najczęściej wpadają osoby wbrew pozorom o silnym charakterze - zawzięte, uparte, skupione na celu, dążące do perfekcjonizmu., skupiające się na dokładnej realizacji planu.


Nie chcę demonizować planów dietetycznych, ale uważam, że byłam bliska ortoreksji, gdy realizowałam dietę od dietetyka. Wtedy mój mąż śmiał się ze mnie, ale po miesiącu kilka razy poważnie ze mną rozmawiał. Bo odważałam dokładnie 125 g papryki i nie więcej. A jak papryka miała 150 g to trudno, Przecież dietetyk mówiła, że muszę trzymać się ściśle tego, co rozpisała bo kaloria do kalorii i spadku wagi nie będzie. Plasterki żółtego sera kroiłam na paseczki i kawałeczki, byle waga się zgadzała. Nie umiałam pokierować swoją redukcją sama, więc odmawiałam sobie grilla, pizzy, batonika, kebaba, spotkań rodzinnych przy stole...

Żadnych odstępstw - to było moje hasło wówczas.


Na szczęście samodzielne ogarnięcie redukcji pozwoliło mi na swobodę, na jedzenie zgodnie z moim przekonaniem o nie marnowaniu produktów. Nauczyło mnie też wiele o samej sobie, o swoim organizmie.


Bardzo Was proszę, obserwujcie swoje zachowanie w kuchni. Teraz, gdy już wiecie, że coś takiego jak ortoreksja istnieje, czym się objawia, wiecie, na co zwrócić uwagę. I zastanówcie się, czy naprawdę nie lepiej poświęcić jeden lub dwa miesiące na naukę samodzielności w redukcji, czy chcecie stać się niewolnikami "karteczek"...

2 wyświetlenia